iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Trzy krople wody
Dyplomacja białych rękawiczek, a przemoc domowa

Mówi się, że przemoc rodzi przemoc". Ale, czy tak jest zawsze? Czy nie jest tak, że przemoc potrafi stłamsić, zaszczuć i podeptać godność drugiego?

Nie była moją przyjaciółką, była za to bardzo dobrą koleżanką. Poznałyśmy się w pracy. Ziuta, tak kazała do siebie mówić, była dość skrytą kobietą. Nigdy sama nie zaczynała rozmowy o tym co w domu, jak się jej układa z mężem, czy byli gdzieś ostatnio razem, czy planują urlop. Zaczepiona, rzadko, mówiła o swoich dzieciach. Każdy wiedział, że jest mężatką i tylko tyle, nic więcej. Długo zastanawiałyśmy się w pracy jaki może być prawdziwy powód jej zamknięcia.
I, jak to baby mają w zwyczaju, snułyśmy pod nieobecność Ziuty swoje durne przypuszczenia. Danka z Iwoną doszły do przekonania, że jej brak rozmowy o mężu jest osadzony w niespełnionej miłości i tęsknocie to tego jedynego
Z kolei Grażyna, nasza mądralińska pani doktor psychologii, stwierdziła, że najpewniej powodem obchodzenia tematu małżeństwa jest ukrywana miłość. I, żeby było śmieszniej, prawdziwą miłością Ziuty miała być inna kobieta. Po takim stwierdzeniu badawczo spojrzałyśmy po sobie wzruszając ramionami niejako w proteście na znak, że jej rzekomą wybranką nie jest żadna z nas.

Wszystko miało się niebawem wyjaśnić. 

W kilka poszłyśmy do galerii na Grunwaldzie. Już w drzwiach ustaliłyśmy, że jak się która urwie, to spotykamy się o siedemnastej w naszej ulubionej knajpce na piętrze. Nie miałam specjalnie ochoty na ten wspólny wypad na zakupy. Prawdę mówiąc zgodziłam się pójść tylko ze względu na naszą zażyłość, nie chciałam psuć dziewczynom humoru i wpędzać je w jakieś durne przypuszczenia. Z nami tak już jest, wystarczy, że któraś ma gorszy dzień i z miejsca dopytujemy, spekulujemy i szukamy powodu, dla którego któraś się nie umalowała, albo umalowała inaczej niż zwykle, albo ubrała mniej elegancko lub za bardzo krzykliwie.
O! upięłaś włosy. Stało się coś?
Wszystko może być pretekstem naszej dociekliwości, i coraz częściej łapię się na tym, że mam ochotę wyrwać się z tego kieratu naszych bliskich relacji. Czasami odnoszę wrażenie, że ta bliskość ogranicza moją wolność, że tak naprawdę zaczyna mnie denerwować i przeszkadza. Zwłaszcza kiedy poruszamy tematy, które ja akurat potrafię zachować dla siebie, ale pozostałe potrafią z detalami rozprawiać o najbardziej intymnych sprawach nie wyłączając spraw łóżkowych, małżeńskich i pozamałżeńskich. Przyznać musze, że święte to my na pewno nie jesteśmy. Życie, chciałoby się powiedzieć. Ale czy na pewno?

Urwałam się pierwsza i, jak się miało okazać, jedyna zaraz po tym, jak ustaliłyśmy godzinę i miejsce punktu zbornego. Snułam się bez celu po holach galerii licząc, że czas szybko minie a my po wypiciu kawy rozejdziemy się w swoich kierunkach. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Przez moment poczułam niepokój. Pomyślałam, że jednak lepiej chyba trzymać się razem, ze to pod każdym względem bezpieczniejsze niż łażenie samotnie.
Gdyby tutaj mieli na przykład uderzyć terroryści, jak w tej galerii w Afryce, to gdzie bym się skryła, gdzie uciekła? Rozejrzałam się nerwowo po pasażu.
Głupia jesteś Ada! pomyślałam i odgoniłam czarne myśli. 
Czas faktycznie okazał się być sprzymierzeńcem. Nawet się nie obejrzałam jak zrobiło się po siedemnastej. Kupiłam nowy numer Twój styl , w którym moją uwagę przykuł Gombrowicz, Tyrmand i Mrożek miłości ich życia, i wyszłam z empiku.
Schodami na górę i potem w prawo i już byłam. Nie musiałam zgadywać, czy one już są. Słyszałam je jadąc schodami na piętro. Pośród innych głosów i dźwięków muzyki jak na mój gust za głośna ta muzyka i na dodatek nie w moim typie, kiedyś wygarnę to komu trzeba ich głośny śmiech, i niczym nieskrępowane rozmowy, dominowały w tej części pasażu.
 
Otwarta przestrzeń kawiarni dawała pełen ogląd na estetycznie urządzone wnętrze. One w cztery siedziały przy najdłuższym stoliku po środku pod ścianą. Przy innych stolikach siedziało po kilka osób.
 
Kiedy przekraczałam niewidoczną linię lokalu zauważyłam, że tyłem do mnie siedzi ktoś jeszcze.
Serce zaczęło bić mi mocniej, aż krew uderzyła do skroni. To był on.
W głowie miałam mętlik i pustkę zarazem. Dziewczyny, Magda i Jagoda, zauważyły mnie pierwsze i przyjaźnie pomachały. Starałam się zachować spokój. Podeszłam.
Dobrze, że jesteś odezwała się któraś zobacz kto z nami jest.
Spojrzałam. Ten moment zapewne zostanie w mojej pamięci do końca życia. Nie wiem do końca, choć uczyłam się na studiach, co powoduje, że jedne emocje potrafią się wryć głęboko w pamięć i tkwią w niej dopóty, dopóki nie zostaną zastąpione innymi jeszcze silniejszymi doznaniami.
On, nienagannie ubrany, w świeżej koszuli w odcieniu słonecznego nieba nałożonej niby niedbale na śnieżnobiały podkoszulek z przerzuconym na plecy swetrem o delikatnym odcieniu beżu, tak delikatnym, że chciało się go dotknąć, w markowych dżinsowych spodniach i skórzanych brązowych butach w dobrym smaku. Smaku dodawała zdrowa opalenizna właściciela tych markowych ciuchów i lekki dwu, trzy dniowy zarost.
Przy stoliku z moimi koleżankami siedział Maks. Na mój widok odsunął lekko krzesło i wstawał, aby się ze mną przywitać. Zamiast podać mu dłoń na przywitanie uczyniłam coś, co wprawiło w osłupienie moje koleżanki, wszystkich gości kawiarni, personel i mnie samą. Lewą pięścią trzasnęłam Maksa w podbródek, tak mocno, że jego głowa odskoczyła lekko w prawą stronę. Wtedy, bez chwili wahania w lecącą w prawą stronę głowę z całych sił, wykonując gwałtowny skręt w lewo, uderzyłam łokciem w jego lewy profil. Upadł na kamienną posadzkę i patrzył na mnie z niedowierzaniem. Był, jak cała reszta znajdująca się w kawiarni, w szoku. Poprawiłam botek na lewej nodze, który przekrzywił się od gwałtownego skrętu, pod pachę wcisnęłam swoją torebkę i na cały głos zwróciłam się do leżącego na posadzce: Jeszcze raz spróbuj to zrobić skurwielu. Zabiję, a potem wsadzę do kryminału. Jak sama nie dam rady, to naślę ruskich. Po czym najzwyczajniej w świecie wyszłam przechodząc przez leżącego i totalnie zaskoczonego Maksa.

Nie wiem co było dalej i nic mnie to wtedy nie obchodziło. Z każdym krokiem, który mnie oddalał od miejsca zdarzenia, puls z wolna wracał do normy, po chwili byłam już spokojna i skoncentrowana na tym co dzieje się wokoło mnie.
Podziemnym przejściem dotarłam na przystanek i zapakowałam się do tramwaju. Usiadłam na plastykowym krześle tuż za motorniczym i z przyklejoną do chłodnej szyby buzią gapiłam się na kalejdoskop za oknem. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Moją głowę wypełniały słowa i ostatnia rozmowa z Ziutą. To, czego się od niej dowiedziałam, a w zasadzie co od niej wydusiłam, totalnie wywróciło moje postrzeganie niektórych ludzi. Zwłaszcza mężczyzn tych z grupy samców alfa.

Ziuta, a tak naprawdę Natalia nie mam pojęcia skąd u niej to przezwisko? W pracy od samego początku była Ziutą i tyle była zawsze punktualna. Nigdy się jej nie zdarzyło wpaść do pracy na ostatnią chwilę. Nikt, nigdy nie widział u niej nerwowości, czy pośpiechu o zniechęceniu nie było nawet mowy. Taka akuratna, że nie raz zastanawiałam się, jak ona to robi, że mimo korków, awarii tramwajów zawsze trafia do pracy przed czasem. Nigdy jej o to nie pytałam. Uznałam, że to jej wyłączana sprawa i cenna, choć ostatnio coraz rzadsza niestety, zaleta. Tamtego dnia przyszła do pracy jak zwykle punktualnie, czyli około kwadrans przed. Tym razem była nieco inna. Zauważyłam jej lekkie podenerwowanie. Podeszłam do niej i zagadałam przyjacielsko. Ładnie wyglądasz. Ten golf, to szetland? I nie czekając na jej odpowiedź dotknęłam rękaw, a potem poprawiłam pod szyją. Wtedy zauważyłam dość znaczne podczerwienie przechodzące w żółtawo siny kolor pręgi. Po drugiej stronie było to samo. Ziuta wpierw zaczerwieniała się potem cichutko chlipnęła dwa razy. Jej oczy były pełne błagającego spojrzenia. Nie musiała nic mówić. Wiedziałam, że chce, aby to zostało między nami.
Nie martw się. Nikomu nie powiem. Powiesz wreszcie co się stało? I znowu nie czekając na jej odpowiedź pociągnęłam ją w głąb mojego gabinetu.
 
Mówiła z minuty na minutę podawała coraz to nowe detale. Widziałam jak przynosi jej to ulgę, że wreszcie może to z siebie wyrzucić. Dowiedziałam się, że Maks tylko na zewnątrz i tylko dla innych jest taki miły, rozmowny i taktowny. W domu potrafi być prawdziwym tyranem. Dość często, ostatnio poprzedniego dnia, wpadał w szał z byle błahego powodu. Nie chodziło rzecz jasną o słona zupę, ani o wieczorny ból głowy. Seksu nie uprawiają od ponad trzech lat. Dla bezpieczeństwa przeprowadziła się z synem na piętro domu, w którym mieszkają razem od dekady. Córka już jakiś czas temu wyprowadziła się z domu i mieszka z koleżanką na stancji.

Ziuta mówiła, o tym jak Maks wpadał w szał, przeklinał i wyzywał ją i dzieci od najgorszych. W tych atakach rzucał się na nią i syna, kiedy dopadł miał zwyczaj dusić. Żebyś ty widziała jego oczy, kiedy wpadnie w furię mówiła. A ten syf w domu, to dlatego nikogo od dawna nie zapraszam. Dzieci też nikogo nie sprowadzają. Wstydzimy się.

Kiedy mówiła o tym, jak on ją zdradzał od samego początku małżeństwa, i o tym, jak rzadko bywał w domu, jak wolał być u mamusi niż przy niej, kiedy była pierwszy raz w ciąży, a potem drugi, i o tym, jak coraz częściej dostawał tych swoich napadów furii i stawał się nieobliczalny i groził, że ich pozabija i pójdzie się powiesić, i o tym, jak jej teściowa przymykała na jego wyskoki oko pozwalając jemu sprawdzać pod swój dach kolejne kochanki, we mnie wzbierała złość, i czułam zarazem wstyd i poczucie bezsilności.
 
Zapytałam, czy zgłosiła to kiedykolwiek na policję, czy była u lekarza. Odpowiedziała, że nie, bo się bała o dzieci i siebie, że on może spełnić swoje groźby. Potem przypomniała sobie, że raz owszem byli nawet razem u pani psycholog: Chciałam na siłę ratować nasz związek, myślałam, że jest chory, kiedy opowiadałam co wyprawia w domu , że mnie dusi, że grozi nożem, wymachuje nim przed nosem i wykrzykuje zabiję cię kurwo on z uśmiechem na twarzy i bardzo grzecznie przemienił to w żart i opowiedział pani psycholog skecz o Marianie. Mówił, że smarował chleb i odwrócił się do mnie z nożem, kiedy coś zapytałam, a ja to przyjęłam za atak co ty Marian chcesz mnie zabić? Wyszłam na kompletną idiotkę, tak mi się wtedy wydawało

Pokazała mi zdjęcia parteru domu, który on teraz zajmuje. Takiego syfu w życiu nie widziałam. Jedzenie porzucane na podłodze miesza się razem z brudną bielizną, jakimiś narzędziami. Wszędzie brud i pajęczyny. Gorzej niż w chlewie!
 
Zapytała mnie, czy to dobry powód, aby wziąć z nim rozwód: Kobieto, a na co ty jeszcze chcesz czekać? Jak chcesz, to dam ci adres dobrego adwokata. Pomoże, zna się na tym. Nie marnuj życia nawet jednej sekundy dłużej. 

Przez to całe rozmyślanie przejechałam dwa przystanki za daleko. Wysiadłam i wróciłam do domu pieszo. Pod wieczór ręka straszliwie zaczęła mnie rwać i puchnąc w okolicy nadgarstka. Na drugi dzień do pracy poszłam z ręką w gipsie. Bolało jak cholera, ale byłam szczęśliwa. Pęknięcie knykcia, szybko się zrośnie i wszystko będzie dobrze.
Kilka dni później dowiedziałam się, że koleżanki zajście w kawiarni przyjęły jako mój akt desperacji. Jednogłośnie uznały, że miałam z Maksem romans i on mnie rzucił.

Z błędu, choć o to nie prosiłam, wyprowadziła je Ziuta. Poinformowała wszystkie, że się rozwodzi, bo to niedobry człowiek jest. Mnie przyniosła projekt pozwu o rozwód i podział majątku. Razem poprawiłyśmy kilka detali i gotowiec trafił do biura podawczego sądu okręgowego z wnioskiem bez orzekania winy stron. Ziuta stwierdziła, że już chce to mieć jak najszybciej za sobą i nie ma zamiaru raz jeszcze tego wszystkiego przeżywać na nowo. Za dużo emocji i nerwów powiedziała.
   

Wczoraj było bardzo ciekawie. Szłam pieszo od pl. Grunwaldzkiego przez most aż na Mazowiecką.
Była fajna pogoda, więc podziwiałam gmachy Politechniki i wąchałam zapach liści, których tam sporo spadło.

Spotkanie/ przemawiał szef. Po jego przemówieniu zaproszono nas na catering do innej sali, bo siedzieliśmy w  teatralnej. Niestety na stojąco jeść nie lubię, ale trudno.
Na ciepło był gulasz z piersi drobiowej i pieczarek, na zimno dwie sałatki w tym jedna w pucharkach (tuńczyk, pomidorki, pestki i sałaty nie smakowała mi!). Druga kalafior z brokułem i pomidorami w sosie lekko czosnkowym pycha! Potem przystawki z ciasta francuskiego nadziewane pieczarkami, tartinki, pasztet mięsny i jajka z łososiem i majonezem. Do tego spory wybór ciast, babeczek, soki, kawa, herbata.

Dni mi teraz jakoś przyśpieszyły może przez to, że tyle się u mnie dzieje w pracy. Te cztery szkolenia na które muszę iść, w tym dwa po dwa dni. Horror.

Ale ja lubię obczajać nowe rzeczy, uczyć się nowych umiejętności przy komputerze.
Tylko jak mam spokój i dogodne warunki, a nie w zbiorowisku na kursie w jakichś szkołach rozsianych po mieście!
Trudno. Zacisnę zęby i to zaliczę skoro nie ma wyjścia. Potem certyfikaty z ukończenia trzeba przedstawić w kadrach żeby dali do mojej teczki osobowej.

Na szkolenia muszę sie ładnie ubrać... w sukienkę, wyższe pantofle... będzie, jak zwykle pokaz mody damskiej i targowisko próżności. Niektóre tak sie potrafią wystroić jakby lustra w domu nie miały.

 

Dziś o dziewiątej byliśmy we czworo z moimi rodzicami na pogrzebie sąsiada z działki. Na Bardzkiej, tam jest duży cmentarz.
Zawał na działce! Kolejny tragiczny wypadek na działkach. 
Smutno mi bo to był dobry sąsiad i człowiek. Był jakoś  tak po sześćdziesiątce, ale może sześćdziesiąt pięć miał. 

Udział w takich uroczystościach porządkuje myśli. Sprawia, że zaczynam się zastanawiać nad istotą życia i tym, co jest w nim ważne. Zwykle po tym mam nostalgiczny nastrój i poważnieję.

Komentarze (2)
Nie mów do mnie: „Adelko”!

Spoglądam w niebo i szukam w nim odpowiedzi, a czasem pomocy.

Któż na nas nie słyszał, że spadająca gwiazda przyniesie nam szczęście, że wystarczy tylko pomyśleć sobie życzenie?
Od dawna jestem już duża i dobrze wiem, że pomocy nie należy szukać w niebie tylko pośród ludzi żyjących obok. Ale nic nie poradzę, że w niebo zaglądać lubię.
Fascynuje mnie i zarazem przeraża jego ogrom. Niekiedy trudno mi pojąć, że ja patrząc w niebo  z miejsca gdzie jestem spoglądam w górę i to samo robią ludzie na drugiej półkuli, też patrzą w górę.
To z którego miejsca na Ziemi, u licha, można spojrzeć w dół?
Gdzie znajduje się Ziemia w tym oceanie rozsianych gwiazd? Czy jest gdzieś w centrum, czy może na skraju wszechświata, tuż przy krawędzi, za którą jest piekło jakim nas straszą od dziecka?

Kilka tygodni temu wracałam z urodzin Jolki. Wracałam sama. Było mi z tego powodu troszeczkę smutnawo. W głowie leciuteńko szumiało. Nie wiem czy od muzyki, czy po trzeciej lampce wina. Nigdy nie wypijałam więcej niż dwie. Tym razem było inaczej. Sytuacja też była inna, specyficzna.
Pośród znajomych na urodzinach Jolki znalazł się on Janusz. Nasz kolega z pracy. Facet, za którym dyskretnie rozglądały się wszystkie, bez wyjątku, baby pracujące w naszej firmie od menedżerek począwszy a na stażystkach kończąc. Impreza była skromna i wszystko tym razem odbyło się niezwykle kulturalnie. Nikt nikomu nie rwał partnerów, nie obmacywał po kątach, nie pieprzył od rzeczy, i tym razem żadna nie spiła się na amen. Nawet Krystyna, która na każdą imprezę przynosi swój alkohol. To tak na wypadek, gdyby miało zabraknąć odpowiadała. Tym razem strażnikiem naszych cnót, tak, my i cnoty, i moralności był Janusz. Żadna nie chciała dać się poznać od tej prawdziwej strony. Nie wiedziałyśmy jaki jest. Czy lubi wypić i zabawić się ostro, czy jest taki jak na co dzień w firmie grzeczny i uprzejmy, dżentelmen w każdym calu.
Był jak w firmie. Jego naturalna grzeczność i niespotykana uprzejmość wręcz onieśmielały.

Kiedy podszedł do mnie z lampką wina i szarmancko mi ją podał nie zawahałam się nawet przed moment, podziękowałam równie uprzejmie i wypiłam prawie jednym haustem.
I to była ta ponad planowa lampka, po której poczułam lekkie zawirowanie.
Oho! pomyślałam już czas na Ciebie Ada. Odszukałam solenizantkę diablica wciąż dobrze wygląda mimo, że jest najstarsza z nas. Podziękowałam i pożegnałam się.
Byłam już w drzwiach, kiedy zaczepiła mnie Iwona. Adelko! Zostań jeszcze z nami. Imprezka dopiero się rozkręca. No i jest Janusz. Przecież wiem, że za nim szalejesz. Mówiła do mnie podekscytowana z tym niesamowitym błyskiem w oku, które określałam mianem kurwików.
Nie mów do mnie Adelko. I mów za siebie, dobrze? - ledwo się powstrzymałam, żeby nie trzasnąć drzwiami na odchodne, ale od czego jest dyplomacja Iwonko, straszny dziś ten twój makijaż. Widziałaś się w lustrze?
Nie czekałam na reakcję, uśmiechnęłam się i delikatnie zamknęłam za sobą drzwi. Wyszłam na dwór. Iwonę w firmie faceci traktują jak przedmiot nagłego użytku, albo ciekawy film z wypożyczalni.
My, baby, mamy o niej inne zdanie. Wiemy, że od czasu, kiedy zostawił ją mąż dla starszej od niej o dziesięć lat Ukrainki, Iwona się wpierw zagubiła, a potem poszła ostro w tango. Według mnie uzależniła się od seksu, a że ma dobrą figurę i na dodatek jest bardzo ładna, to ma wzięcie. W firmie, to tylko Janusz jeszcze jej nie miał. Ale to jej wyłączna sprawa i gdyby nie jej zagrywka odpuściłabym sobie bez potrzeby odcinania. W końcu ona nie jest wcale zła, a ja nie jestem jakaś jędza.    

Ciepłe jesienne powietrze dawało poczucie wolności. Do domu postanowiłam pójść pieszo. To zaledwie dwa kwadranse spacerem. Przecinając skwer usiadłam na chwilę na ławce.
Znowu zajrzałam w niebo, i właśnie wtedy odpowiedziałam sobie na dręczące mnie pytanie: co dzieje się z duszą zmarłego człowieka?.
Wydaje mi się, że jedna gwiazda na niebie, to jedna dusza. A te, które spadają na Ziemię dostają drugą, albo którąś z kolei, szansę lub misję i wchodzą w ciała rodzących się dzieci.

Komentarze (0)
Nie wierzcie ginekologom. Łżą jak psy!

Długo nosiłam się z zamiarem złożenia bloga, ale nie wiedziałam jak się za to zabrać. Nie wiedziałam jak się tym wszystkimi bajerami posługiwać żeby to, co napiszę było gdzieś widoczne. To po pierwsze. A po drugie, przyznam, że się bałam ośmieszenia. No bo niby dlaczego miałabym się nie bać skoro nigdy nie popełniłam nawet komentarza, a co dopiero mówić o jakimś samodzielnym wpisie. Znaczy się notatce, gdyż słowo wpisie może oznaczać, że albo jestem z Kaczyńskim , albo przeciw niemu. A ja nie chcę być z nikim kojarzona, a już na pewno ( nigdy nie wiem jak się pisze na pewno razem, czy oddzielnie. W szkole niestety nie byłam orlicą) z politykami, a nawet moja siostrą. Skaranie boskie tylko z taką siostrą.

Ale wczoraj się wreszcie przemogłam. Przeglądam sterty naszych babskich pism i widzę, że prawie każda z nas przemieniła się z dobrej żony i matki, gospodyni i kury domowej w pisarkę. A  w tym Internecie to ci dopiero! Tyle rozmaitych kobiet pisze, jedne pod własnym imieniem, a inne pod obcym.
Zupełnie nie rozumiem tych, co to sobie powymyślały jakieś przecudaczne nicki.
Nie dawno sprawdziłam u dr Googla, co to słowo nick oznacz i teraz już też wiem. Ha cha cha. A kiedy usłyszałem, że jedna pani dostała literackiego Nobla za krótkie formy!

Miałam kiedyś takiego faceta, poznaliśmy się przez Internet, Stefan mu było. I wiecie co nie warto, szkoda czasu. Krótka forma, to najczęściej mniej niż krótko i tylko tyle. 
Ta nagroda, ten Nobel podziałał na mnie jak płachta na byka. Mówię sobie: a co mi tam, też napiszę. No i postanowione. Dawno mnie nosiło, a wiadomo: Nosił wilka razy kilka i uszyli z igły widły Albo jakoś tak. W każdym bądź razie, jednej piszącej baby więcej. Ha cha cha. 

Przeczytałam kiedyś w jakimś poradniku o pisaniu, że tak naprawdę to najważniejszy jest tytuł, a dopiero potem liczy się reszta, I wiecie co? Myślę sobie, że coś w tym musi być.
Tytuł to jak szyld, albo napis na murze. I zaraz mi na myśl przyszło, że to rodzaj wizytówki.
O tym Stefanie szybko zapomniałam nawet nie było czasu, aby się przyjrzeć. Ot, krótka forma nieliteracka. Ale po nim był Zygfryd.
Kurna, kto jemu takie coś mógł zrobić?! Myślę sobie: pewnie jakie imię, taki facet. Kiedy go ujrzałam natychmiast chciałam uciec. Ale w tej knajpce były tylko jedne drzwi! I właśnie on w tych drzwiach stał z bukietem chryzantem i wielką butelką prawdziwego szampana. Z wyglądu był mniej niż średnio ładny. Ale kiedy już wypiliśmy tego szampana zgodziłam się na bliższe poznanie.
Powiem tylko, że to nie była żadna tam krótka forma. Przeciwnie, to było jak dalekomorska wyprawa w nieznane wielkim statkiem. A on, Zygfryd, był szyldem wizytówką prawdziwej samczej męskości. Taki prawdziwy brzydal. Och!

A co ma tytuł do wiatraka? Otóż tyle co moja wizyta w gabinecie u pana doktora, który studiował pięć lat medycyny chyba tylko po to, aby teraz sobie dowoli popatrzeć i podotykać. Muszę też bez bicia się przyznać, że mimo wszystko jednak wolę facetów w tej profesji. Są, jakby nie patrzeć, mniej oschli i zdecydowanie bardziej delikatni. Nawet wtedy, gdy świntuszą. Ten mój, u którego byłam akurat zastępował mojego lekarza prowadzącego wyjechał ponoć z kochanką na Cypr. Ale mi nic do tego. Tylko szkoda mi tej jego żony. Znam ją, bardzo miła, elegancka i serdeczna kobieta. Porządna, nie jakaś tam lafirynda.
Ten nowy mówi proszę to, proszę tamto jakbym była jakaś głupia, albo coś. Przecież wiem, że jak z cyckami to do od góry do połowy. Ja akurat byłam od połowy w dół. Zaraz zauważyłam, że gapi się dość nieprzyzwoicie, a kiedy wylądowałam wreszcie na fotelu, on do mnie z takim tekstem wyleciał: Szkoda, że to nie fotel Henryka VII.
Oho! Myślę sobie ma mnie za totalną blondynę, właścicielkę zgrabnej pupy i ładnych cycków. Odpowiadam. Panie doktorze płatki uszu się panu zarumieniły. A na tym fotelu, to w którym miejscu pan siebie widzi, doktorze? Góra, klęcznik, czy dół?
Zdębiał. Zaczerwienił się biedaczysko, aż zrobiło się mi go troszeczkę żal. Ale w gruncie rzeczy triumfowałam. Myślę sobie: Masz baranie za swoje. A taki chciałeś być do przodu.
Kiedy się ubierałam już się nie gapił. Udawał, że coś pilnie notuje. Nie umówiłam z nim kolejnego terminu wizyty. Poczekam aż doktor Grzegorz wróci z tego Cypru, bo kiedyś wrócić przecież musi.

Z lekką nutką zniecierpliwienia, ale też jakimś rodzajem pewnej niepewności, czytam sobie to, co napisałam i wiem, że pierwsze koty za płoty poszły. Teraz wszystko zależy od tego, czy konkurencja mnie przyjmie, czy będę musiała jeszcze wylać wiele potu i łez i cierpliwie czekać na swoje siedem minut.

Komentarze (0)